BYŁ SOBIE PEWNEGO RAZU MAŁY KSIĄŻĘ, KTÓRY ZAMIESZKIWAŁ PLANETĘ NIEWIELE WIĘKSZĄ OD NIEGO SAMEGO I KTÓRY BARDZO POTRZEBOWAŁ PRZYJACIÓŁ...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnogóra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnogóra. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 kwietnia 2012
Mali Princ- wydanie czarnogórskie cyrylicą
W połowie stycznia 2011r. zdobyłam wydanie czarnogórskie w wersji
cyrylicą. Było to podczas kolejnego służbowego wyjazdu do Podgoricy. Przywitała
nas tam wręcz bajkowa pogoda, czyli 17 stopni, słońce, błękitne niebo, na
ulicach palmy… i ciągle jeszcze bożonarodzeniowe dekoracje, bo w Czarnogórze
obchodzi się święta w wersji prawosławnej, czyli Boże Narodzenie przypada na 8
stycznia. Ponieważ Podgorica do ogromnych miast nie należy, więc praktycznie
każdy spacer prowadził w okolice centralnego placu z fontanną i położonej przy
nim księgarni. A księgarnia to już teraz punkt obowiązkowy każdej mojej wizyty
za granicą. Czasu nie było zbyt wiele, więc użyłam mojego perfekcyjnie
wyuczonego zdania „trażim Mali Princ na crnogorskom”, które spowodowało, iż od
razu zostałam zaprowadzona do właściwej półki. Na półce zaś oprócz wydania
alfabetem łacińskim, które już mam, odkryłam też bardzo ładne wydanie cyrylicą.
Tym razem się nie wahałam, kolekcja została natychmiast wzbogacona o tenże
egzemplarz.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Mali Princ- serbskie wydanie 3D oraz wydanie czarnogórskie
W połowie października 2010r. poleciałam służbowo do Czarnogóry. W
Podgoricy wylądowałam w niedzielę i od razu wyruszyłam na spacer, głównie w
celu zlokalizowania księgarni. Ponieważ miasto nie jest szczególnie wielką
metropolią, interesujący mnie budynek odkryłam bardzo szybko, niestety przez
szyby nie dało się wypatrzeć, czy posiadają „Małego Księcia”. Drugiego dnia
pobytu nie miałam okazji wybrać się do miasta, bo prowadziłam do późna zajęcia,
ale trzeciego dnia popołudnie było wolne, więc nie zważając na ulewny deszcz
ruszyłam w stronę księgarni. Początkowo próbowałam sama odkryć, gdzie w dziale
dla dzieci leży „Mały Książę”, ale nic z tego nie wynikło. Kręciłam się tam na
tyle długo, że w końcu podszedł do mnie jeden ze sprzedawców i zapytał, w czym
może pomóc. Zaryzykowałam konwersację po angielsku, bo jakoś nie chciało mi się
wysilać po serbsku. Chłopak odpowiedział, że niestety nie mają czarnogórskiego
wydania „Małego Księcia”, ale niedaleko jest jeszcze jedna księgarnia, więc
mogę tam spróbować. Podziękowałam i już miałam wychodzić, gdy na półce z
albumami zobaczyłam wielka księgę z Małym Księciem na okładce. Ręce mi się same
do niej wyrwały i okazało się, że jest to bardzo piękne wydanie po serbsku (w
dodatku cyrylicą) z „ruchomymi” obrazkami 3D. Coś przepięknego! Słońce wstaje i
zachodzi nad planetą Małego Księcia, owieczki chowają się w pudełkach, żmija
wije się na pustyni, baobab „wstaje” z kartki… jednym słowem marzenie każdego
kolekcjonera. Chwilę wahania przeżyłam spoglądając na cenę, bo mała nie była,
ale szybko obliczyłam, że jeśli zrezygnuję z kilku kolacji to dam radę. Tak
więc klamka zapadła, kupuję! Sprzedawca strasznie się zdziwił, chyba nie
wyglądałam mu na kogoś szastającego pieniędzmi, a tu proszę, sukces.
Zachwycony, z własnej inicjatywy zapakował książkę w kilka warstw papieru i
folii, aby nie ucierpiała na deszczu i dołożył jeszcze nader gustowną
reklamówkę w serduszka.
Upojona nowym nabytkiem, nie
odpuściłam jednak poszukiwań wersji czarnogórskiej. Dosyć trudno było znaleźć
drugą księgarnię, ale po obejściu kilka razy tych samych uliczek (czy to jest
normalne, żeby na ulicach rosły palmy???) w końcu się udało. Księgarnia robiła
bardzo ponure wrażenie, które w dodatku potęgowały trzy panie siedzące za ladą
i patrzące na mnie jak na wroga. Najwyraźniej swoim pojawieniem się przerwałam
im nader interesującą konwersację. Jedna z pań raczyła zapytać mnie „da?”, więc
czym prędzej porzuciłam zamiar posługiwania się angielskim i wydusiłam tylko
„Mali Princ na crnogorskom”. Pani w łaskawości swojej odpowiedziała „imama”, po
czym nakazała drugiej młodszej pani schylenie się i podanie niepozornej
niebieskiej książeczki. Pozostała jeszcze tylko kwestia zapłaty, ale na
szczęście w większości krajów bałkańskich istnieje zwyczaj wpisywania ceny
książki ołówkiem na przedostatniej stronie, więc sama mogłam sprawdzić, jaką
fortunę muszę wydać na to cudo. Tym razem tak źle nie było, odpowiednia ilość
euro przefrunęła ponad ladą (nota bene- jakim cudem walutą Czarnogóry jest
euro???) i w tym momencie panie całkowicie straciły zainteresowanie moją osobą,
pogrążając się znowu w rozmowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


