Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macedonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Macedonia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 kwietnia 2012

Maliot Princ- wydanie macedońskie

Drugie wydanie macedońskie pojawiło się w mojej kolekcji w listopadzie 2010r. Podczas krótkiego pobytu w Skopje wybrałam się do księgarni, bo wymyśliłam, że mogę przywieźć do Polski kilka egzemplarzy po macedońsku i albo wymienić się z innymi kolekcjonerami, albo je po prostu sprzedać i mieć dzięki temu fundusze na rozwijanie hobby. Do księgarni poszedł ze mną mój manager J., który koniecznie chciał zobaczyć, jaką minę będzie miała sprzedawczyni, jak kupię trzy takie same książki. Nie zawiódł się, bo pani patrzyła na mnie jak na stukniętą. Nie przeszkodziło jej to jednak podsunąć mi dodatkowo innego wydania- uczciwie mówiąc koszmarnie brzydkiego. Właściwie mój plan nie przewidywał w kolekcji więcej niż jednej wersji tego samego języka, ale z drugiej strony pomyślałam sobie, że tak może być jeszcze bardziej interesująco. Dokonałam zatem zakupu- ale grafika, który projektował tę ohydę, mam ochotę oblać taką samą brązową farbą, jaką umieścił na okładce!!!


piątek, 20 kwietnia 2012

Maliot Princ- wydanie macedońskie

Zakup tej książki pod koniec marca 2010r. związany był z pierwszym poważniejszym testem mojej umiejętności języka serbskiego (oczywiście w Macedonii mówi się obecnie po macedońsku, ale ze względu na nie tak dawne czasy jugosłowiańskie dogadanie się po serbsku nie stanowi problemu. Prawdę mówiąc po polsku też by się dało bo języki są podobne, ale postanowiłam być twarda). Po zakończeniu trzydniowej konferencji w Skopje miałyśmy z M. pół dnia na połażenie po mieście. Hotel znajdował się w części albańskiej, ale tylko kilkanaście minut zajmowało przejście przez słynny kamienny most i znalezienie się w części „europejskiej”, wyjątkowo paskudnej niestety. (Skopje zostało pod koniec lat 60-tych poważnie zniszczone przez trzęsienie ziemi i całą część miasta po tej stronie mostu zbudowano w betonowym, socjalistycznym stylu lat 70-tych. Teraz próbuje się coś z tym zrobić, ale łatwo nie jest). W księgarni chciałam najpierw znaleźć „Małego Księcia” sama, ale ciężko mi było zrozumieć, jaką logiką kierowano się przy podziale książek na poszczególne półki. Próbowałam zagadnąć panią po angielsku, ale najwyraźniej nie rozumiała. Zatem wytężyłam szare komórki i skonstruowałam zdanie „Trażim Mali Princ na makedonskom”, na co pani odpowiedziała „Imama” i przyniosła mi cienką granatową książeczkę. Zdołałam jeszcze zapytać „Koliko koszta”, na co pani litościwie pokazała mi wypisaną na okładce książki ołówkiem cenę. Wysupłałam stosowną ilość macedońskich denarów i w ten sposób wzbogaciłam kolekcję o pierwszy egzemplarz pisany cyrylicą. Nawet usiłowałam go czytać w samolocie, ale samozaparcia starczyło mi jedynie na ukochaną historię o lisie (swoją drogą w wersjach bałkańskich to wszędzie jest lisica!).