BYŁ SOBIE PEWNEGO RAZU MAŁY KSIĄŻĘ, KTÓRY ZAMIESZKIWAŁ PLANETĘ NIEWIELE WIĘKSZĄ OD NIEGO SAMEGO I KTÓRY BARDZO POTRZEBOWAŁ PRZYJACIÓŁ...

niedziela, 27 maja 2012
Il Piccolo Principe i The Little Prince- wydanie włoskie i wydanie angielskie
Zgodnie ze złożoną sobie obietnicą, w lutym 2012 powróciłam do genewskiej
księgarni „Payot”. Miałam bardzo mało czasu, bo spieszyłam się w drodze z biura
na lotnisko, ale nie mogłam sobie odmówić tej drobnej przyjemności. Już
wcześniej dokładnie poznałam rozkład półek i rozmieszczenie interesujących mnie
książek, w szybkim tempie zatem porwałam wydanie włoskie i już zmierzałam do
kasy, gdy ujrzałam przepiękne kolekcjonerskie wydanie angielskie (złocone
brzegi kartek, twarda okładka z obwolutą). Nie mogłam od niego oderwać i
wzroku, więc w efekcie zamiast planowanej jednej zakupiłam dwie książki. A
potem już tylko sprint do autobusu, na lotnisku oddanie cięższego o dwie
książki bagażu i wyczekiwany lot w kierunku Polski!
piątek, 25 maja 2012
The Little Prince- wydanie angielskie
W lutym 2012r. wzbogaciłam się o jeszcze jedno wydanie angielskie. Tak
naprawdę to szukałam wydań gruzińskich i miałam nadzieję dodać coś nowego do
kolekcji po wizycie w sporej księgarni międzynarodowej w Tbilisi. Niestety,
krótki spacer po mroźnej, oblodzonej i ciemnej ulicy Rustaveli nie przyniósł
upragnionego łupu, bo akurat książki po gruzińsku „wyszły”. Wypatrzyłam za to
wydanie angielskie, którego wcześniej nie miałam i postanowiłam, że będzie moją
nagrodą pocieszenia za trud wieczornych poszukiwań.
wtorek, 22 maja 2012
Der kleine Prinz- wydanie niemieckie
Zakup kolejnego wydania niemieckiego był „produktem ubocznym” mojego
buszowania w internecie w poszukiwaniu rozmaitych wersji polskich. Spodobała mi
się jego prosta okładka w nietypowy sposób przedstawiająca tylko kontury
Księcia na jednolitym tle. Przy okazji stwierdziłam, że wcześniejsza „klątwa”
została chyba wreszcie przełamana, bo wszystkie zakupione w sieci książki
dotarły do mnie bez problemów. Może więc jednak przekonam się do takiego
sposobu powiększania kolekcji?
niedziela, 20 maja 2012
Mały Książę- pięć wydań polskich
środa, 16 maja 2012
Wydanie gruzińsko/angielskie
Kolejnym wydaniem, jakie trafiło do moich rąk, była wersja gruzińsko-angielska.
Prosto z Genewy poleciałam bowiem do Gruzji. Już pierwszy dzień spędzony w
Tbilisi oszołomił mnie całkowicie, zupełnie obcy świat wdzierał się w mój umysł
z całą intensywnością. Usiłowałam pojąć mnóstwo rzeczy na raz- kompletnie obcy
alfabet, dzikie zasady ruchu ulicznego (jak się szybko zorientowałam gruziński
kodeks drogowy zaczyna się od stwierdzenia „większy ma zawsze rację”. I na tym
stwierdzeniu właściwie się kończy), dziwna i wyprana z kolorów zabudowa ulic.
Dodatkowo zmęczenie i silna infekcja gardła spowodowały, że czułam się z lekka
w nie swojej bajce. Mimo wszystko zamarzyło mi się wzbogacenie kolekcji, jednak
z uwagi na brak w okolicy księgarni szanse na to były dosyć nikłe. Na szczęście
podczas spaceru do banku natrafiłyśmy z koleżanką I. na ulicznego sprzedawcę
książek. Ja nie byłam się w stanie z nim dogadać (gruziński to inny poziom
abstrakcji, a na tamten moment mój rosyjski był jeszcze mocno zardzewiały),
więc I. zaoferowała się załatwić sprawę. W pierwszej chwili co prawda pan
stwierdził, iż „Małego Księcia” na stanie nie posiada, ale kiedy obiecałyśmy
wrócić za 20 minut zmienił zdanie i zaoferował, że książkę załatwi. I
rzeczywiście, po niecałej pół godzinie stałam się właścicielką bardzo
sympatycznego dwujęzycznego wydania.
wtorek, 15 maja 2012
Der Chly Prinz i Malienkij Princ – wydanie w dialekcie berneńskim i wydanie po rosyjsku
W styczniu 2012r. rozpoczęła się moja wielka przygoda związana z
najdłuższym i najdalszym jak do tej pory wyjazdem za granicę. Pierwszym
przystankiem na drodze w daleki świat była Genewa, gdzie spędziłam prawie
tydzień. W ciągu dni roboczych pracowałam do późna, aby pozałatwiać wszelkie
formalności, więc o wędrówce po mieście mogłam tylko pomarzyć. Na szczęście dwa
dni weekendu miałam tylko dla siebie. Pomimo przenikliwego zimna zdecydowałam
się na długa pieszą wędrówkę po mieście z aparatem. Po drodze natrafiłam na
dużą i świetnie zaopatrzoną księgarnię „Payot”. Wybór książek w kilku językach
aż oszałamiał. A że było tam przyjemnie cieplutko, spędziłam dobre półtorej
godziny na przeglądaniu zawartości półek. Odkryłam „Małego Księcia” w sześciu
lub siedmiu językach, jednak ograniczony zapas gotówki nie pozwolił mi na
zakupowe szaleństwo. Zdecydowałam się na wydanie w dialekcie berneńskim, bo jak
by nie patrzeć znajdowałam się w Szwajcarii i głupio by było przepuścić taką
okazję, a po dłuższym wahaniu dorzuciłam jeszcze bardzo oryginalnie wydaną
wersję rosyjską. Obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś do tej księgarni wrócę i
dźwigając swój łup udałam się na dalsze zwiedzanie Genewy. Tę sześciogodzinną
wyprawę przypłaciłam potem poważną infekcją gardła, ale nie żałuję, bo
przepiękne uliczki starej części miasta, widoki znad Jeziora Genewskiego oraz
Mont Blanc w tle w pełni zrekompensowały późniejsze nieprzyjemności.
niedziela, 13 maja 2012
Patara uplistuli- wydanie gruzińskie
Gruziński „Mały Książę” przybył do mnie w styczniu 2012r.….... z Bułgarii. Stało się to za sprawą mojej wspaniałej bułgarskiej koleżanki B., która miała okazję obserwować w Norwegii moją żywiołową reakcję na świeżo otrzymaną książkę w dialekcie wiedeńskim. Niezła mieszanka, prawda? B. pojechała na kilka dni służbowo do Tbilisi i udało jej się znaleźć dla mnie wydanie gruzińskie. Książka jest absolutnie niesamowita, bo graficznie mieszają się w niej dwie wersje- oryginalna i gruzińska. W tekście zachowane są wszystkie ilustracje autora, ale poza tym ma kilkanaście kolorowych stron, na których niektóre sceny z książki narysowane są ponownie, tym razem z kolorytem lokalnym. No a dodatkowo fascynujący jest gruziński alfabet, kompletnie niepodobny do tego, co wcześniej znałam.
El Principito- wydanie argentyńskie
Książka z Argentyny jest chyba
jak do tej pory największą niespodzianką w mojej kolekcji. Pisałam już kiedyś,
że na kilku portalach społecznościowych umieściłam prośbę o pomoc w
powiększaniu zbioru, bo jednak do wielu krajów raczej sama nie dotrę. Wpisy te
klika razy zadziałały, ale zdążyłam już o nich zapomnieć, bo od dawna nie
wywołały żadnej reakcji. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu w grudniu 2011r.
dostałam wiadomość z pytaniem o adres, bo A. jest w Buenos Aires i pamiętając
moją prośbę kupiła dla mnie książkę. Było to dla mnie absolutne zaskoczenie,
gdyż nie mogę powiedzieć, aby z A. wcześniej łączyły mnie jakaś szczególnie
bliska znajomość czy sympatia. Tym bardziej jednak doceniłam jej pamięć i gest.
Argentyński „Mały Książę” przybył do mnie pod koniec grudnia i pięknie
wkomponował się w dotychczasowy zbiór.
piątek, 11 maja 2012
Le Petit Prince i Le Petit Prince- La planète de l’Astronome- wydania francuskie
W związku z niepohamowanym
pędem do powiększania kolekcji znakiem firmowym wielu moich podróży staje się
poranny jogging po obcych miastach, którego metą jest księgarnia. Tak właśnie
było podczas mojego listopadowego wyjazdu do Brukseli. Plan pobytu miałam jak
zwykle strasznie napięty, w dodatku ogromnie się stresowałam koniecznością
wygłoszenia prezentacji przed bardzo wymagającą grupą międzynarodowych
ekspertów, więc dopiero ostatniego poranka, gdy emocje opadły, mogłam zająć się
polowaniem na książki. W czasie poprzedniego pobytu w Brukseli wytropiłam już
księgarnię, więc cel porannego biegu był jasno określony, musiałam jednak
ściśle trzymać się ram czasowych, bo jak wiadomo samolot raczej nie zaczeka…
Wystartowałam zatem z hotelu jeszcze po ciemku, dotarłam pod księgarnię mocno
zziajana i spocona, prawie biegiem ruszyłam między półki… i tu jak zwykle o
mało nie nastąpiła katastrofa, bo ogromnie ciężko było się zdecydować, które
wydanie zakupić. Rozsądek zwyciężył i z żalem odłożyłam dwa przepiękne ale
absurdalnie drogie wydania, decydując się na wersję dużo skromniejszą. W ramach
pocieszenia dorzuciłam jeszcze „wariację na temat”, czyli książeczkę
stylizowaną na oryginalnego „Małego Księcia”, jedną z cyklu opisującego jego
przygody na różnych planetach (na których w oryginale niekoniecznie był). Nie
jestem fanką takich wydawnictw, ale jedno jako ciekawostkę warto mieć. Po
dokonaniu zakupów znowu zaczęłam poruszać się galopem i dzięki temu zgodnie z
planem zdążyłam na autobus jadący na lotnisko.
Mały Książę- dwa wydania polskie
W październiku i listopadzie 2011r.
zasiliłam moją kolekcję również o dwa wydania polskie. Polskich edycji jest
wiele i pewnie dziwnym się może wydać, dlaczego akurat te dwie wzbudziły moje
zainteresowanie. Hm, pierwsza z nich dlatego, że jest o wiele starsza ode mnie,
bo wydano ją w 1967 roku i ma specyficzny klimat książek z tamtych lat-
płócienna oprawa, szycie, grube kartki, staranny druk, nawet charakterystyczny
zapach farby i kurzu. Druga książeczka jest jej przeciwieństwem- cieniutka,
papier prawie gazetowy, czarno-białe ilustracje… ale za to bardzo oryginalna
okładka, która od razu rzuciła mi się w oczy pośród wielu prawie takich samych
wydań. Zapewne ten „polski dział” kolekcji będę jeszcze uzupełniać, ale raczej
nie nastąpi to szybko, bo pozostaję wierna zasadzie „podróżowej”.
Den lille Prinsen i The Little Prince- wydanie norweskie i wydanie brytyjskie
Nie przepadam za lataniem i
lotniskami, każdy wyjazd to dla mnie stres, a skomplikowane i czasochłonne procedury
strasznie mnie wkurzają. Nie mam jednak za bardzo wyjścia i latam samolotami
dosyć często. W październiku 2001r. to latanie wreszcie się do czegoś przydało-
natrafiłam na porządną, dużą i nieźle zaopatrzoną księgarnię na lotnisku w
Oslo. Wracałam strasznie zmęczona z tygodniowego wyjazdu na północ Europy, loty
miałam zabukowane w sposób absurdalny, ale jedyny możliwy
(Kirkenes-Oslo-Kopenhaga-Berlin, łącznie ponad 12 godzin lotu i jeszcze
perspektywa dojazdu do domu z Berlina, wrrrrrr…..), zmęczona byłam strasznie, a
w dodatku rozpoczęłam dzień od sprzeczki z panią w hotelu- jednym słowem humor
pod psem. I w takiej właśnie sytuacji objawiła się przede mną lotniskowa
księgarnia. Czasu do kolejnego lotu miałam mnóstwo, więc postanowiłam sobie
trochę pooglądać kolorową zawartość półek. Pierwszym zdziwieniem była wielkość
księgarni (jak na standardy lotniskowe wręcz oszałamiająca!), a drugą zakres
dostępnej literatury (bo z reguły na lotnisku nabyć można co najwyżej kolorowe
magazyny i niezbyt ambitne czytadła). Na „Małego Księcia” w pięknym granatowym
wydaniu brytyjskim natrafiłam bardzo szybko, natomiast po wersję norweską
musiałam udać się do filii w hali odlotów. Bardzo miły sprzedawca pomógł mi
odliczyć odpowiednią ilość koron norweskich (niemałą niestety, no ale Norwegia
to ogólnie jest bardzo drogi kraj!) i mój bagaż podręczny zasilony został dwoma
nowymi książkami do kolekcji. Hm, może powinnam zatem jednak choć trochę
polubić lotniska?
czwartek, 10 maja 2012
Den lille Prinsen- wydanie norweskie
Z tą książką wiąże się historia, w którą aż trudno uwierzyć. Pod koniec
września 2011r. byłam służbowo kilka dni na północy Norwegii, w małym
miasteczku Kirkenes niedaleko granicy z Rosją. Standardowo miałam bardzo
niewiele czasu na cokolwiek poza pracą, ale pierwszego dnia zaraz po
przyjeździe udało mi się kosztem obiadu wykroić godzinkę na szybki marsz po
tzw. centrum (czyli tak naprawdę dwóch głównych ulicach). Najpierw znalazłam
jedną księgarnię, która wyglądała bardzo obiecująco, ale niestety brak w niej
było „Małego Księcia”. Na szczęście sprzedawczyni była na tyle miła, że
wskazała mi drugą księgarnię, sprytnie zakamuflowaną w centrum handlowym.
Niestety, tam „Małego Księcia” też nie było, a sprowadzenie go miało zająć
kilka dni. Smutno mi się zrobiło, ale cóż, mówi się trudno. Już miałam
wychodzić, gdy sprzedawca powiedział, że widzi, iż bardzo mi na tej książce
zależy (no jasne, że bardzo!), więc może mi przywieźć z domu swój używany
egzemplarz, bo już go nie potrzebuje. Bardzo byłam zaskoczona, ale oczywiście
wyraziłam wobec niej spory entuzjazm. Dwa dni później z lekkim niepokojem
udałam się do tej księgarni ponownie i faktycznie chłopak dotrzymał słowa!!!
Mało tego, jeszcze przepraszał, że egzemplarz jest nieco podniszczony i
stanowczo odmówił wzięcia jakiejkolwiek zapłaty! Miałam ochotę go ucałować, ale
taki spontaniczny odruch nie byłby chyba odpowiednio zrozumiany, więc tylko
podziękowałam mu gorąco jakieś 30 razy i z wielkim uśmiechem powróciłam do
hotelu.
wtorek, 8 maja 2012
Da klane Prinz- wydanie w dialekcie wiedeńskim
Nigdy nie jest za późno na naukę! Dzięki hobby i ja dowiaduję się wielu nowych rzeczy. Wiedzieliście, że istnieje coś takiego, jak oficjalny dialekt wiedeński? Ja nie miałam o tym pojęcia, a już na pewno do głowy by mi nie przyszło, że w tym dialekcie są wydawane książki. Jednak we wrześniu 2011r. przybył do mnie Mały Książę prosto z Wiednia i przekonałam się, jak zabawny jest to język. Przy okazji odkryłam sztuczkę- w wersji pisanej chwilami ciężko się domyślić, o co chodzi, ale gdy się przeczyta głośno, tekst nabiera prawie niemieckiego brzmienia i wszystko staje się jasne! Książkę przywiózł mi mój austriacki przyjaciel B. i nie wiem, kto z nas bawił się lepiej- ja usiłując wypowiedzieć przedziwne łamańce językowe, czy on, rodowity Wiedeńczyk, obserwując moje wysiłki.
sobota, 5 maja 2012
Wersja kurdyjska
Historia książki przywiezionej dla mnie z Holandii miała swój dalszy
ciąg w lipcu 2011r. R. najwyraźniej przejął się moja kolekcją i z własnej
inicjatywy lub może za podszeptem K. znalazł dla mnie plik z wersją „Małego
Księcia” po kurdyjsku. Egzemplarze w normalnym książkowym wydaniu podobno
praktycznie nie istnieją, więc wersja cyfrowa jest w tej sytuacji równie cenna
jak papierowa.
Przy okazji samodzielnie wyszukałam w internecie kilka wersji pdf
(łotewska, wietnamska, baskijska), ale szybko doszłam do wniosku, że jednak to
nie to. Nic nie zastąpi prawdziwej książki przywiezionej z miejsca, w którym
mówi się danym językiem! Wyjątkiem w mojej kolekcji pozostanie zatem plik
kurdyjski, bo był prezentem ze szczerego serca.
De kleine Prins- wydanie niderlandzkie
W czerwcu 2011r. moja kolekcja
powiększyła się o wydanie niderlandzkie. Stało się to za sprawą mojej koleżanki
K., która pojechała do Holandii za głosem serca J
Razem ze swoim Mężczyzną R. odbywała różne wycieczki po kraju tulipanów, aż w
końcu natrafili również na księgarnię. I w tejże księgarni zakupili piękne
wydanie niderlandzkie, które kilka tygodni później dotarło do mnie. Wreszcie
była okazja do przekazania czekającego już od pół roku wina (tak, tak- K. to ta
sama wspaniała osoba, od której dostałam wydanie węgierskie!) oraz
poplotkowania o tym i owym ;)
piątek, 4 maja 2012
Mali Princ i Mali Kraljevic- wydania chorwackie
Kolejne cztery wydania chorwackie pojawiły się w mojej kolekcji w
wyniku jednego popołudnia spędzonego w Zagrzebiu pod koniec maja 2011r. „Moja”
konferencja skończyła się wczesnym popołudniem, większość uczestników od razu
wylatywała, a ja musiałam sobie jakoś „zorganizować” resztę czasu w taki
sposób, żeby nie siedzieć i nie rozpamiętywać złamanego serca.... (złamanego
oczywiście nie sensie damsko-męskim, ale
w związku z końcem bałkańskiego projektu, w który zaangażowana byłam przez
ostatnie półtora roku!) A cóż lepszego na złamane serce niż oddanie się
namiętności? W Zagrzebiu księgarnie czynne są do godz. 20:00 i podobnie jak w
Belgradzie jest ich mnóstwo, więc miałam idealne warunki do poszukiwania
„Małego Księcia”. Obiektywnie patrząc, muszę przyznać, że Zagrzeb jest
najpiękniejszym i najbardziej zadbanym ze wszystkich znanych mi bałkańskich
stolic- nawet często porównywany jest do Wiednia- niestety, to właśnie czyni go
dla mnie miastem najmniej atrakcyjnym, bo brakuje w nim „bałkańskiej nuty”,
czegoś nieokreślonego ale bardzo bardzo klimatycznego. To miasto jest dla mnie
trochę jak plastikowa lalka- śliczna i kolorowa ale bez duszy. Nie zmienia to
faktu, że miło było pospacerować po pięknie odnowionych ulicach w centrum i
zaglądać po kolei do kilkunastu księgarni. W większości z nich sprzedawcy
mówili świetnie po angielsku, w niektórych używałam mojego „perfekcyjnego”
chorwackiego i jakoś to szło. Udało mi się nawet zagadać ulicznego sprzedawcę
książek używanych, który wyszperał dla mnie jedną książkę. Efektem końcowym są
cztery wydania Małego Księcia- dwa o dosyć standardowych okładkach, natomiast
dwa bardzo oryginalne. Pierwszy raz spotkałam się też z tłumaczeniem tytułu nie
zawierającym słowa „Princ” tylko „Kraljevic”.
PS- Po raz kolejny droga zakupionych przeze mnie książek do Polski się
skomplikowała, chmura pyłu wulkanicznego doprowadziła do zamknięcia lotniska w
Berlinie, więc ja poleciałam do Hannoveru a mój bagaż.... kto wie, kto
wie......
PS2- Mój bagaż oprócz Hannoveru zwiedził dodatkowo Monachium i Poznań,
ale cały i z nieuszkodzoną zawartością powrócił do mnie :)
czwartek, 3 maja 2012
Wydanie z Izraela
Przepiękne wydanie z Izraela było prezentem-niespodzianką od M., która była tam na wakacjach. Książkę przywiózł mi na konferencję do Zagrzebia w maju 2011r. nasz manager J., okraszając wszystko oczywiście drobnymi złośliwymi komentarzami i wspominając moje zakupowe szaleństwo w Belgradzie (no fakt, tam przeszłam samą siebie- ale czy to moja wina, że Serbowie mają tyle ślicznych i przede wszystkim oryginalnych edycji?). Naszej rozmowie przysłuchiwało się mnóstwo osób, więc teraz już ogólnie jestem znana jako maniak. Ale z drugiej strony fajnie być zapamiętanym jako człowiek z pasją!
Swoją drogą J. zapytał mnie kiedyś, ile mam wydań polskich. I bardzo się zdziwił, gdy odpowiedziałam, że jedno. Bo faktycznie tak jest. Nie czuję potrzeby uzupełniania zbioru wszelkimi możliwymi edycjami. Bardzo ważne jest dla mnie, iż za każdą książką stoi jakaś historia związana z konkretnym miejscem lub ludźmi. Do tej pory tylko kilka egzemplarzy zamówiłam przez internet i są one ładnymi, ale najmniej wartościowymi elementami kolekcji. Prawie wszystkie książki pochodzą z miejsc, w których albo ja sama osobiście byłam, albo był w nich ktoś znajomy, kto zadał sobie trud znalezienia „Małego Księcia” specjalnie dla mnie. I to jest piękne.
środa, 2 maja 2012
Le Petit Prince- wydanie francuskie
Podczas tego samego pobytu w Brukseli w maju 2011r. powiększyłam
kolekcję o kolejną perełkę- francuskojęzyczne wydanie „carrousel”, czyli
„karuzela”. Książka jest tak skonstruowana, że można ją rozłożyć, związać ze
sobą tylną i przednią okładkę i uzyskać w ten sposób coś w rodzaju lampionu z
trójwymiarowymi obrazkami. Cudo! Zakup tej książki zmęczył mnie okrutnie, bo
przemierzyłam na pieszo co najmniej dwukrotnie w tę i z powrotem całą okolicę
Grand Place, usiłując odnaleźć księgarnię „wygooglowaną” w internecie.
Oczywiście jak już ją odnalazłam, to okazało się, że miałam ją przez cały czas
prawie pod samym nosem, tyle, że była dość niepozorna na tle innych sklepów i
wejście nie rzucało się w oczy.
W brukselskich księgarniach wypatrzyłam też kilka innych wersji Małego
Księcia- i to zarówno po francusku, jak i po niderlandzku, jednak jak już
wspomniałam jest to drogie miasto i na szaleństwa porównywalne z belgradzkimi
nie bardzo mogłam sobie pozwolić. Z bólem serca musiałam pozostawić na półkach
kilka naprawdę pięknych okazów, ale pocieszam się, że wszystko wskazuje na to,
iż jeszcze co najmniej kilka razy zawitam w Brukseli, więc mogę za każdym razem
kupować jedno wydanie (a przy okazji będę miała gdzie się podziać zamiast
siedzieć smętnie na lotnisku!).
The Little Prince- wydanie brytyjskie
wtorek, 1 maja 2012
Wydanie perskie
Czy ja już pisałam, że nad moimi zakupami internetowymi krąży chyba jakieś fatum? Wydanie perskie „Małego Księcia” już od jakiegoś czasu obserwowałam na Allegro i w marcu 2011r. po sprzedaży wersji serbskich postanowiłam nieco zaszaleć. Dokonałam odpowiedniej procedury i czekałam na przesyłkę. A tu przesyłka nie nadchodzi i nie nadchodzi…. W końcu po dobrych dwóch tygodniach jest upragnione awizo! Okazało się, że pomimo mojej mailowej informacji o nowym adresie do wysyłki sprzedająca przesłała książkę na stary adres w poprzedniej miejscowości. Na całe szczęście kilka dni wcześniej załatwiliśmy z pocztą przekierowywanie wszystkich przesyłek na nasz nowy adres i dzięki temu książka jednak dotarła. Cieszy oko pięknymi „robaczkami” na okładce, które niestety są dla mnie nie do odcyfrowania, ale obrazek wskazuje niezbicie, że mamy do czynienia z Małym Księciem prosto z Iranu. (PS- tym razem byłam już mądrzejsza i nie popełniłam tego błędu co przy wydaniu arabskim- nauczona doświadczeniem tu już przewracam kartki w odpowiednią stronę!).
Malkijat Princ- wydanie bułgarskie
Wydanie bułgarskie zdobyłam do swojej kolekcji w marcu 2011r.
„Zdobyłam” to zresztą bardzo dobre słowo, bo po raz kolejny potrzebne było
sporo wysiłku, żeby powiększyć zbiór. W sprawach służbowych poleciałam do Sofii
i jak to zwykle bywa wszystkie trzy dni wyjazdu były tak zaplanowane, że na ewentualne
sprawy prywatne, zwiedzanie itp. kompletnie nie było czasu. Ja jednak jestem
uparta. Zaraz po przylocie dowiedziałam się w hotelu, iż dwie przecznice dalej
jest mała księgarnia otwarta od wczesnych godzin porannych. Bladym świtem
udałam się zatem w jej kierunku, rezygnując w związku z tym ze śniadania i
ignorując mało przyjemną deszczową aurę. Niestety, cały wysiłek prawie poszedł
na marne, gdyż okazało się, że nie mają „Małego Księcia”. Byłam strasznie
rozczarowana i musiało to być mocno po mnie widać, bo młoda, sympatyczna
sprzedawczyni łamanym angielskim zaczęła mi tłumaczyć, że niedaleko jest
jeszcze jedna księgarnia i powinnam tam spróbować. Niestety, jej wyjaśnienia,
dokąd muszę pójść, były kompletnie nieprzydatne, bo posługiwała się nazwami miejscowych
budynków, które mi nic nie mówiły. W tym momencie już miałam zrezygnować, ale
dziewczyna powiedziała mi, żebym chwilę poczekała, po czym zniknęła na
zapleczu. Naprawdę osłupiałam, gdy po chwili wróciła z planem Sofii
wydrukowanym z Internetu, na którym zaznaczyła mi, jak muszę iść do tej drugiej
księgarni. Podziękowałam (ha! w ramach studiów językowych zdążyłam ustalić, że
po bułgarsku mówi się „błagodaria”) i z planem w ręku popędziłam do drugiej
księgarni. Łatwo nie było, bo akurat ta część miasta była cała rozkopana i
przedzierałam się przez jakieś dziwne miejsca, ale jednak dotarłam do całkiem
sporej księgarni „Helikon”, gdzie bułgarskiego „Małego Księcia” mieli dowolną
ilość. Uszczęśliwiona dokonałam zakupu, ale nawet nie zdążyłam go porządnie
obejrzeć, bo była już najwyższa pora, aby biegiem wracać do hotelu. Na umówione
służbowe spotkanie wpadłam dosłownie w ostatniej sekundzie, ale jednak
zdążyłam. Dopiero późnym wieczorem na spokojnie obejrzałam sobie nowy nabytek i
z zadowoleniem stwierdziłam, że misję mogę uznać za uwieńczoną sukcesem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)